Testerze – idź do biblioteki!

Artykuły

Jestem w niemałym szoku usłyszawszy jak wiele osób nie przykłada wagi do faktu czy firma, w której pracują posiada dobrze zaopatrzoną, korporacyjną bibliotekę.

Ja zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób szczytem potrzeb jest otrzymanie karty multisport, eventowych biletów do kina, świeżych owoców i innych śmiesznych bajerków ale jest to dołujące i cokolwiek przygnębiające, że  jedynie garstka wybrańców wnosi w swym zawodowym życiu wniosek z zapytaniem „czy firma zaoferuje mi porządną bibliotekę?”.

Ta, wiem – czasy się zmieniają, zwyczaje są wykuwane na nowo, zaś era wszechobecnej cyfryzacji i kilkusekundowego skupienia zbiera swe żniwo odciskając piętno na nowym pokoleniu niezdolnym do pracy z zespołem, klientem, a co dopiero z inkunabułem.

Do tego dochodzi brak czasu, brak chęci, brak wyraźnej potrzeby.

Jasna sprawa, powody i powodziki mogą być różne i w sumie nie mnie je oceniać. Chciałem jednak zauważyć, że odcinając się od tego medium i ulegając wpływowi wszechobecnej cyfryzacji sami sobie strzelamy w kolano. Nie mówiąc już o fakcie na jakie perełki moglibyśmy natrafić GDYBYŚMY zechcieli zainteresować się regularnym czytaniem.

Amerykańskie magazyny specjalistyczne warte ponad 150 złotych za numer? Oficjalne książki szkoleniowe do wszelkiej maści certyfikatów branżowych? Oxfordzkie księgi managerskie oprawiane skórą? Brzmi ciekawie? No ba! A to ledwie skromny przestrzał możliwości na jakie można zawitać sięgając ręką na zakurzone półki.

Zauważyłem wręcz, że managerka i HR lubią zamawiać często unikatowe i jedyne w swoim rodzaju produkcje (ot, ten typ tak ma) dedykowane ich zawodowi co z kolei sprzyja intensywnemu wertowaniu kolejnych półek. Nigdy bowiem nie wiemy na co możemy trafić 🙂

Rzecz jasna, nie ma też co bajerować i przesadzać gdyż gro zasobów i cream de la cream stanowią książki developerskie/testerskie/ managerskie oraz biografie i inne pozycje skierowane do wymagających czytelników.

I mowa tu nie o kilku pozycjach na krzyż lecz istnym morzu, w którym czasem ciężko jest się odnaleźć.

Ale to przecież żadna wada, a wręcz przeciwnie – spora zaleta.

Ileż to bowiem razy udało mi się pozyskać pozycję o której normalnie bym się nie dowiedział lub/i której koszt onieśmieliłby mnie przy księgarskiej kasie. A tak? Nie dość, że można kulturalnie powybierać co ciekawsze tytuliki to i koszt wypożyczenia i „stałego klienta” wynosi nas cudowne zero złotych. Żyć nie umierać.

“Panie, nie ma czasu… a zresztą na co mnie to?” – paść mogłoby pytanie.

Odpowiem w ten sposób – są firmy, w których pracę narzuca odgórnie wyznaczony scope oraz takie gdzie elastyczność pozwala nagiąć kuchenną czasoprzestrzeń do granic możliwości. Są ludzie, którzy wykorzystują pracodawcę kradnąc mu czas, a są tacy, którzy będą się silić na dostarczenie najlepszego z możliwych rozwiązań. Wierząc, że zdrowe rozgraniczenie i balans pomiędzy „muszę”, a „powinienem”  stanowi podstawę mentalnego zdrowia wyznaję zasadę, że skoro i tak większość swego życia spędzimy wałęsając się od jednej firmy/korporacji do drugiej to powinniśmy wykorzystać oferowane możliwości do maksimum.

Kursy, materiały szkoleniowe, poradniki, kompendia, encyklopedie, zestawienia, leksykony, wademeka – darmowa wiedza, po którą wystarczy sięgnąć, dostępna jest w KAŻDEJ szanującej się firmie. A , że rozwój i uzupełnianie dotychczasowych kompetencji są cholernie wartościowe na obecnym, postrzelonym rynku to warto czasem sięgnąć po to “złoto” leżące pod naszymi stopami.

Albo ugryzę temat od innej strony.

Często zakupione książki trafiają do biblioteczek za sprawą czyjeś rekomendacji. Ktoś musi zweryfikować wartość materiału, klepnąć approve i przelać niezbędną gotówkę. Zamówić, dostarczyć, odebrać, przeczytać, zarekomendować. Logicznym jest zatem, że kupiona pozycja musi posiadać w sobie wartość dodaną, na której komuś zależało i na którą warto jest się skusić. Czemu więc tylko seniorzy mieliby rozwijać się skoro możemy zrobić to również i my, prawda?

Poza tym, to już tak standardowo, regularne czytając książki :

  • rozwijamy wiedzę,
  • dostarczamy pokarmu dla duszy,
  • angażujemy i stymulujemy rozum,
  • poznajemy nowe zagadnienia,
  • specjalizujemy się,
  • doskonalimy,
  • bawimy się,

a przy tym zgłębiamy nowe słownictwo i dostarczamy pożywki do nabycia nowych umiejętności. Otwieramy nasz umył na nowe doznania i zaspokajamy go dając paliwo do kreatywnej pracy. Zresztą, Chrystusiku przenajświętszy, myślę, że nie muszę wymieniać dalszych zalet czytania – każdy wie, że niesie ono same korzyści.

Pitu, pitu i wesołe bajdurzenie z mojej strony? Może, niemniej bardziej chciałem tym tekstem przypomnieć niektórym, że życie w korpo nie musi kończyć się jedynie na mozolnej pracy przed monitorem okraszonej spontanicznymi żartami mailowymi i niewybrednymi dialogami przy baniaku z wodą. Czasem warto jest tak po prostu rozejrzeć się wokół, pokukać tu i tam i skorzystać z możliwości, które podsuwa nam sam pracodawca.

A tak na marginiesie – tych, którzy zdecydowali się ruszyć swe skromne lico do biblioteki i poczuli się przytłoczeni morzem dostępnych tytułów zapraszam serdecznie do działu biblioteka. Regularnie staram się dorzucać tam kolejne przeczytane (i zrecenzowane) pozycje, które sukcesywnie winny powiększać rekomendowaną przeze mnie biblioteczkę testera.


Marcin Sikorski

Twórca wortalu test-engineer.pl. Wieloletni test lead oraz entuzjasta obszaru Internet of Things oraz systemów Embedded.

Leave a Reply

Be the First to Comment!

Notify of
avatar
wpDiscuz