Death by meeting – a leadership fable

Biblioteka

Autor: Patrick Lencioni

Stron: 260

Wydawca: Jossey-Bass; 1 edition (March 4, 2004)

Język: Angielski

Nie kwestionuję specyfiki amerykańskiego rynku ani faktu, iż gatunek biznes fiction prężnie i dumnie kroczy w ich literaturze od wielu, wielu lat. Jak Boga kocham, nie stanowi to dla mnie żadnego powodu do uszczypliwości ani złośliwości. Ot, jeśli Amerykanie preferują łatwo przyswajalne papki, pisane językiem przystępnym dla kilkulatków to droga wolna. Niemniej jednak po dziś dzień nie jestem w stanie pojąć na czym polega ewenement tej twórczości ani tym bardziej z jakiego powodu recenzowana pozycja, nomen omen czwarta w dorobku autora, po raz kolejny zgarnęła tytuł „narodowego bestsellera”.

Zasiadając do czytania wierzyłem, że pierwszy raz uda się autorowi przełamać złą passę mego negatywizmu. Nie tylko dam się pochłonąć książce, ale również zrozumiem przekaz, docenię nakreślony humor sytuacyjny, zaangażuję się w popularyzację przedstawionych weń metod i technik, a i koniec końców zarekomenduję lekturę innym.

Takie były przynajmniej założenia i chęci.

I część z nich udało się nawet zrealizować!

Literacko nie jest bowiem źle. Tytuł nie zawodzi – język jest prosty, czytelny, bohaterowie wyraźni, sytuacje realistyczne, a dialogi zdatne do przełknięcia. Przedstawiony humor jest, o dziwo, całkiem sympatyczny, a zastosowany zabieg w postaci krótkich rozdzialików idealnie sprawdza się w formule „instant lektury”.  Książkę czyta się zatem szybko dawkując sobie kolejne strony.

Cóż jednak z tego skoro merytorycznie pozycja zawodzi.

Nim tytuł dociera do wątku związanego ze spotkaniami, ich istotą oraz sposobem skutecznej realizacji, mamy za sobą już 1/3 stron. Stron pełnych licznych dialogów i opisów, które nie wnoszą absolutnie nic do założonego w tytule problemu. Tzn. niby nakreślają nam jakiś tam wątek i starają się pchnąć fabułę naprzód ale kosztem jakichkolwiek konkretów oraz istniejących, namacalnych rozwiązań.

Miałem wrażenie, że autor w koło Macieju powtarza te same zdania i myśli. Ciągle słyszymy, że meetingi są nużące, że należy je poprawić i że nasz bohater już ma na nie jakiś pomysł.

I to jaki pomysł!

Na tyle wybitny, że aż powtórzony jest on kilkukrotnie (z drobnymi wariacjami) tylko po to by w podsumowaniu, konsekwentnie i ponownie, na nowo powtórzyć go raz jeszcze na wypadek gdybyśmy nie daj Bóg o nim zapomnieli.

A cóż to za rewolucyjna myśl? Ano, że spotkania powinny być… pełne konfliktów (interakcja między ludźmi). A do tego podzielone na kilka typów: dzienne, tygodniowe, miesięczne, kwartalne. Każde z tych spotkań powinno być poświęcone innemu zagadnieniu (tzn. im rzadsze zgromadzenia tym poważniejsze wątki) niemniej każde bez wyjątku musi opierać się o zdrowe, międzyludzkie polemiki, a nie bierne posiedzenia. Tym sposobem zniknie nuda, a ludzie z chęcią i uśmiechem na twarzy pojawią się na każdym umówionym zebraniu.

Toć wybitna to myśl, milordzie!

Może ten format sprawdza się w Stanach. Może jest on przyjazny dla managerów wysokiego szczebla, którzy preferują rozluźnienie się w postaci lekkostrawnej lekturki. Pożyczyć, odhaczyć w weekend, zdać relację w poniedziałek. Mogę się co najwyżej domyślać.

Nie potrafię jednak zarekomendować tego tytułu nikomu. Po raz kolejny udowodniłem sam sobie, że taka formuła nijak się nie sprawdza i do mnie nie przemawia, a coś co można zapisać jednym akapitem nie powinno być upchane na 260 stronach książki.

A już z całą pewnością nie w reklamowanej jako nowe objawienie i biblia managerska XXI wieku.

Cała ta sytuacja przypomina mi mocno te zestawy McDonaldsowe, które oscylują w górnych granicach cenowych menu. Kupując je ma się wrażenie, że nabywamy pełnoprawny, wysoki jakościowo posiłek, który odcina się od pospolitego menu. Kupujemy coś co wygląda całkiem dobrze. Pachnie smakowicie. Pobudza wyobraźnię i kubki smakowe. Produkt tak chętnie chwalony przez innych, a najmocniej przez samego kucharza. Szkoda jedynie, że konsumujemy puste kalorie, a po posiłku czujemy się cokolwiek zawiedzeni by nie powiedzieć, że wręcz oszukani.

Tania, jałowa, hamburgerowa pulpa , którą szybko się trawi i równie szybko pozbywa z organizmu zapominając w pierwszej kolejności o jej istnieniu. Nie warta ani czasu ani zachodu.

Najlepsze cytaty:

  • brak

Marcin Sikorski

Twórca wortalu test-engineer.pl. Wieloletni test lead oraz entuzjasta obszaru Internet of Things oraz systemów Embedded.

Leave a Reply

Be the First to Comment!

Notify of
avatar
wpDiscuz